knefle_cardamon
wylosuj kolejny
Newsletter
podaj email:

 
buttonarium.eu - Strona Polskich Kolekcjonerów Guzików
8000 guzików 1543 właścicieli 755 sygnatur 696 wytwórców 741 komentarzy
pl

Skarb z pentelką, lipiec 2014 r.

     Niewielu z nas –  poszukiwaczy –  może pochwalić się prawdziwym fartem. Czasem mijają beznadziejnie miesiące, czasem lata, by w najmniej spodziewanym momencie, zwykle wtedy gdy już przestaliśmy ufać w przeznaczenie tudzież inne kolokwialnie nazywane zjawiska powiązane z odkryciem skarbu –  los zaskakuje. Nagle, bez uprzedzenia. W tym momencie, już jakby odległy –  marazm –  znika, a my możemy dumnie nosić miano prawdziwego odkrywcy.

     O tym, że żyłkę poszukiwacza większość z nas odkryła u siebie przez przypadek, doskonale wiemy. Wystarczy jedno losowe zdarzenie, które odmieni resztę naszego życia. Zmieni je diametralnie. Z normalnych ludzi stajemy się nagle pasjonatami regionalnej historii, szukającymi wielkich tajemnic pod każdym wiekowym dębem czy okazałym głazem, odnalezionym pośród leśnych kniei, a czas –  ten wolny –  szczelnie wypełnia nabywanie wiedzy o okolicy i studiowanie map.

     Przypadek również sprawił że Tomek, bohater mojej opowieści odnalazł pewien skarb. Co prawda historia o której mowa zdarzyła się dawno temu, w czasach kiedy takie odkrycia nie należały jeszcze do rzadkości ponieważ wszędzie trafiało się coś „poniemieckiego”, to jednak zasługuje na uwagę. A zaczęło się prozaicznie. Tomek jako młody chłopak wygrzebał u siebie na podwórku w rogu swojej kamienicy garść guzików. Skąd się tam wzięły? Mało ważne. Ważne było to, że zostały podniesione z ziemi i oczyszczone, nie trafiły do śmietnika jak ówcześnie wiele innych poniemieckich śmieci. Ocalały. Stały się zaczątkiem kolekcji i –  co tu długo mówić –  pasji poszukiwań. Pasji, która trwa do dzisiaj. Tomek z uśmiechem opowiada jak wyruszali z braćmi „na guziki”, jak wyszukiwali miejsca w których można było odnaleźć „skarby”, jak czasem wystarczyło odgarnąć porastający mech by oczom ukazały się tak poszukiwane przedmioty. Jednak najciekawsze miało dopiero nadejść.

     Powojenne lata w większości polskich miast wyglądały z reguły tak samo. Odbudowa kraju po wojennej zawierusze, uprzątanie zalegającego wszędzie gruzu i walających się śmieci. W cenie były przedmioty użytku codziennego, natomiast cała reszta była ładowana na wozy i wywożona na okoliczne polany, położone zwykle na obrzeżach miast. Tam, wdeptane w ziemię i rozwleczone w terenie przez potężne spychacze –  pozostają do dziś, pokryte nierzadko kolejnymi warstwami, często już naszymi śmieciami. Pośród potłuczonych butelek po piwie, kawałków porcelany, pogiętych różnego rodzaju opakowań i innych przedmiotów –  często niewiadomego pochodzenia –  można było odkryć prawdziwy skarb. Nie ze złota, nie ze srebra ale z miedzi, mosiądzu, cynku i aluminium. I co najważniejsze, nie trzeba go było specjalnie szukać, leżał praktycznie na wierzchu. Dziwny to był skarb – wartość materialna praktycznie żadna, kulturowa też, bo nie nasze –  nie polskie –  ale dla pasjonata głodnego wiedzy o mieście w którym przyszło mu żyć –  ogromna. Każdy z przedmiotów dostarczał informacji –  często zaskakujących –  o byłych mieszkańcach i czasowych rezydentach danej mieściny.

     Co prawda nie można założyć iż każdy odnaleziony przedmiot świadczył o pobycie właściciela tutaj, na Dolnym Śląsku, ponieważ ubrania wędrowały w czasie wojennej zawieruchy, jednak jest to wielce prawdopodobne. Można założyć, iż wiele takich znajdek przeleżało w ziemi za sprawą obozów jenieckich usytuowanych na ziemiach leżących obecnie w granicach państwa Polskiego. Skupiały one całe masy ludzi z przeróżnych krajów, warstw kulturowych, kręgów administracji, w zasadzie ograniczeń w tej materii nie ma. Co się działo potem? W ramach powojennych prac i uprzątania tych znienawidzonych miejsc, wszelkie zbędne przedmioty wędrowały na śmietnik. Nie były nikomu potrzebne więc ich los był przesądzony. Nim krótko opowiem Wam o różnorodności „tomkowych guzików”, krótko o samej formie. Jeśli uważasz że to wyłącznie małe płaskie kółko z pętelką jesteś w ogromnym błędzie! Wbrew pozorom na większości guzików znajduje się masę informacji, trzeba je tylko odnaleźć i odcyfrować. Na podstawie awersu można określić kim był jego posiadacz – w kręgach administracji, wojskowości, funkcję z tytułu piastowanego urzędu ( w przypadku guzików cywilnych – czyli np. zawód), przybliżony przedział czasowy oraz –  na podstawie czytelnych sygnatur –  producenta danego guzika. Mnogość form i wizerunków stosowanych na awersach przyprawia o lekki zawrót głowy, toteż identyfikacja danego przedmiotu trwa czasem bardzo długo i kończy się z różnym skutkiem.

     Ja nie jestem asem identyfikacji guzików, ale że chciałbym podać trochę precyzyjnych informacji o skarbie Tomka pozwoliłem sobie na zasięgnięcie porady. O pomoc zwróciłem się do Darka O. „Tyfusem” zwanego, który jest dość biegły w tych sprawach, ba – nawet wtedy gdy Buttonarium jeszcze raczkowało Darek potrafił szybko zidentyfikować nawet najbardziej „uparte” osobniki. Co zatem było w tym skarbie?

     O ile pruskie znajdy nie powinny nikogo dziwić na ziemiach odzyskanych, to ich różnorodność już tak. Odnajdujemy pośród nich guziki z Cesarstwa Niemieckiego, Republiki Weimarskiej aż w końcu III Rzeszy. No, ale jesteśmy na ziemiach poniemieckich, wiec generalnie jest ok. Warto podkreślić, że znaczną większość stanowią guziki marynarskie (dla niewtajemniczonych –  te z kotwicą), poczynając od pruskich Kaiserliche Marine, kończąc na hitlerowskich Kriegsmarine. Dalej. Carskie guziki piechoty i artylerii. One musiały pokonać już dłuższą drogę. Co jakiś czas „wychodzą” w okolicznej ziemi różne carskie elementy umundurowania, zatem i guziki nie powinny dziwić. Wspominałem wcześniej o obozach jenieckich – doszukałem się w materiałach I-wojennego obozu dla żołnierzy carskich w okolicy – zatem mam pewne wyjaśnienie tej zagadki. Rosyjskie guziki z sierpem i młotem natomiast nie dziwią nikogo, „wyzwoliciele” przeszli przez każde niemieckie miasteczko w ogromnej liczbie. Ich jest najwięcej, wiadomo dlaczego. Francja również znalazła się w tym zestawieniu, zarówno ta z lat 40-tych jak i wcześniejsza, mówiąc potocznie – donaszane –  czyli guziki starszego wzoru ale będące dalej w użyciu. Wzór awersu? Liczba z numerem pułku w labrze, bardzo znana forma i jakże piękna, przywodząca na myśl sławnego poprzednika używanego w czasach wojen napoleońskich. Na uwagę zasługują piękne w wykonaniu guziki sygnowane „GARDE REPUBLICAINE”, czyli paryskiej Gwardii Republikańskiej oraz „GENDARMERIE NATIONALE”, czyli żandarmerii. Tyle że we Francji żandarmeria to to samo co u nas Policja, więc raczej nie należy się tutaj doszukiwać znaczenia w kategorii wojskowości.

     Kto oglądał „Wielką Ucieczkę” wie, że w Polsce w czasie II wojny przebywali angielscy lotnicy. Ich guziki również znalazły się w tym zbiorze. Lecący orzeł z górującą nad nim koroną to symbol RAF’u, czyli angielskich królewskich sił powietrznych. Podobną drogę pokonały guziki holenderskie, belgijskie czy słowackie. Ale prawdziwe zdumienie wywołały przedmioty „made in USA”. I nie mam na myśli tych żołnierskich ze znanym wizerunkiem orła, choć też tu są. Trzymam w ręku guziki nowojorskiego SPECIAL OFFICER’a, amerykańskiego strażaka z monogramem FD (Fire Departament – straż pożarna) i inne – policyjne, szkolne, teatralne, górnicze, pochodzące z Cleveland, Chicago, Kalifornii czy Wisconsin. Jeden z nich ekscytuje mnie najbardziej. Ma na awersie statek i napis „Meteor”. Pochodzi prawdopodobnie z munduru marynarza USS Meteor, XIX-wiecznego amerykańskiego okrętu. Gdyby ktoś rzekł tamtemu marynarzowi że jego guzik zawędruje do Polski w XX wieku i ktoś to na dodatek opisze, to by pewnie zdrowo popukał się w czoło i skwitował wszystko wymownym spojrzeniem. A jednak! Tomek znalazł również całą masę innych guzików – rodowe, szlacheckie, liberyjne, pocztowe, cywilne. Mógłbym jeszcze wyliczać, ale nie o to mi chodzi.

     Tak naprawdę każdy z tych małych przedmiotów miał swoją małą ale bogatą przeszłość. Był świadkiem różnych scen, czasem może i tragicznych wydarzeń. Ten zielony nalot na wierzchu to nie tylko ślad po chemicznych reakcjach (czyt. leżakowaniem w śmieciach). To historia. Historia jego długiej drogi którą przebył, nim znalazł się w waszych rękach. Pomyślcie o tym przy najbliższej okazji, gdy znajdziecie tego rodzaju przedmiot.

     Małe PS. W czasach gdy Internet był jakimś bliżej nieznanym terminem, identyfikacja przedmiotów była czasem naprawdę trudna, większość poszukiwaczy czerpała swoją wiedzę z opracowań, książek lub innych znajomych o tej samej pasji. Dziś – dzięki inicjatywie Roberta –  mamy Buttonarium . Są tutaj zdjęcia, opisy, jest wyszukiwarka – w zasadzie muszę dodać iż funkcjonuje to właśnie dzięki WAM, dzięki waszej pomocy, wiedzy, waszej chęci dzielenia się z innymi. Zatem jeśli macie jeszcze jakieś skarby nieujęte w tym zestawieniu – podzielcie się nimi!

Święty
lipiec 2014 r.